Wycofanie wojsk amerykańskich z Niemiec

 – pierwszy krok Berlina na drodze do politycznej niezależności od USA

Niemcy zawsze były jednym z czołowych krajów Europy pod względem ekonomicznym. Dzisiaj, według danych NASDAQ, zajmują czwarte miejsce wśród największych gospodarek świata (po USA, Chinach i Japonii), a ich PKB sięga 3,86 biliona USD (1). Dzięki swojemu potencjałowi gospodarczemu Niemcy zawsze liczyły się jako geopolityczny sojusznik i partner.
Po klęsce II wojny światowej w 1945 roku Niemcy zostały podzielone na dwie strefy okupacyjne – NRD (pod kontrolą ZSRR) i RFN (pod administracją amerykańską, francuską i brytyjską), faktycznie stając się linią podziału całej Europy. Już cztery lata po zakończeniu wojny, 4 kwietnia 1949 roku Stany Zjednoczone utworzyły NATO-projekt, którego oficjalnym celem było „wzmocnienie stabilności i zwiększenie dobrobytu w regionie Północnoatlantyckim”. W rzeczywistości Sojusz został powołany w celu wzmocnienia amerykańskich wpływów w Europie i jej "ochrony przed radzieckimi wpływami", o czym nie tak dawno temu w swoim artykule (2) otwarcie powiedział Anders Fogh Rasmussen, były sekretarz generalny Sojuszu.

Sześć lat później, w 1955 roku z inicjatywy Waszyngtonu, Republika Federalna Niemiec została przyjęta do NATO w ramach drugiego rozszerzenia, co poważnie zaostrzyło sytuację międzynarodową. Taka uwaga wobec Niemiec ze strony USA tłumaczy się tym, że Biały Dom był zdecydowanie nastawiony na "nową okupację" kraju: już wtedy w Pentagonie Niemcy były postrzegane jako główny przyczółek w Europie, ponieważ na niemieckim terytorium istniały wszystkie niezbędne warunki do budowy nowoczesnej infrastruktury wojskowej Zjednoczonych Sił Zbrojnych NATO.

1

Według informacji niemieckiego rządu, pod koniec "zimnej wojny" w Niemczech znajdowała się maksymalna liczba amerykańskich żołnierzy-ponad 200 tysięcy, co jest naprawdę bardzo podobne do okupacji, ale pod inną nazwą i zwodniczym pretekstem. Dziś, według różnych danych, w RFN stacjonuje od 35 do 39 tysięcy żołnierzy amerykańskich (3). W tym samym czasie prezydent USA Donald Trump mówił o 52 tysięcy amerykańskich żołnierzy (4) na niemieckim terytorium, co jest powodem, żeby zastanowić się nad możliwym umyślnym ukryciem przez Waszyngton rzeczywistej liczby żołnierzy sił zbrojnych USA, w szczególności w Niemczech i całej Europie.
Również na terytorium Niemiec znajdują się siedziby głównych dowództw wojskowych sił zbrojnych USA — Europejskiego i Afrykańskiego, które dowodzą siłami amerykańskimi, w tym dronami uderzeniowymi działającymi w Afganistanie, Jemenie, Syrii i Libii. Wszystko to sprawia, że Niemcy są mimowolnym uczestnikiem walk prowadzonych w Azji Środkowej, na Bliskim Wschodzie i w Afryce. Stąd właśnie miasta niemieckie ze stacjonującymi w nich amerykańskimi bazami wojskowymi są celem ataków dla tych sił, z którymi Stany Zjednoczone toczą zbrojną walkę w obronie wyłącznie swoich interesów narodowych.
Swoją drogą Donald Trump na początku swojej kadencji prezydenckiej zaczął realizować politykę nacisku na amerykańskich "sojuszników" europejskich, żądając od nich większego zaangażowania w finansowaniu działań NATO. Kilka dni temu zadeklarował gotowość wycofania ponad 9 tysięcy żołnierzy z Niemiec rzekomo z powodu niespełnienia przez Berlin wymogów członkostwa w Sojuszu dotyczących płatności finansowych do budżetu tego bloku wojskowo-politycznego (w wysokości dwóch procent krajowego PKB). Wygląda na to, że wszystkie te działania mieszczą się w ramach prowadzonej przez stronę amerykańską polityki szantażu i nacisku na kraje europejskie, a przede wszystkim na Niemcy jako "lokomotywę" gospodarki europejskiej. Potwierdzeniem tej tezy zabrzmiało oświadczenie Sekretarza Generalnego NATO Jensa Stoltenberga o tym, że omówił on kwestię ograniczenia obecności wojskowej USA w Europie z Donaldem Trumpem. Jednak, jak powiedział Stoltenberg (5), ostateczna decyzja o wycofaniu wojsk amerykańskich z terytorium Niemiec jeszcze nie zapadła, ale stacjonowanie amerykańskich Sił Zbrojnych w Europie odpowiada interesom nie tylko USA, ale także zjednoczonej Europy.
Znamiennie, że niemieckie kierownictwo konsekwentnie i twardo broni swoich interesów w tej sprawie. Ambasador Niemiec w Stanach Zjednoczonych Emily Haber oświadczyła (6), że wojska USA w RFN stacjonują tam nie dla obrony tego kraju, lecz celem zapewnieniu bezpieczeństwa transatlantyckiego i projekcji w korzystnym kierunku sił zbrojnych na Afrykę i Azję. W tym samym czasie szef MSZ Niemiec Heiko Maas charakteryzuje (7) stosunki między Waszyngtonem i Berlinem jako "złożone". W ten sposób kierownictwo wojskowo-polityczne RFN, stosując polityczno-dyplomatyczne chwyty, grzecznie, ale wyraźnie daje do zrozumienia Białemu Domowi, że nie potrzebuje amerykańskiej "opieki wojskowej".
Ponadto, zdaniem ekspertów, w niemieckim społeczeństwie nasilają się nastroje antyamerykańskie i coraz częściej brzmią wezwania do rewizji formatu współpracy. Według niemieckich politologów, relacje między Berlinem a Waszyngtonem są dziś na najniższym w ciągu ostatnich lat, ponieważ amerykański prezydent Donald Trump w osobie Angeli Merkel widzi swojego głównego rywala politycznego w Europie. Ze swojej strony przedstawiciele środowisk biznesowych uważają, że Niemcom należy nakładać sankcje na amerykańskie firmy energetyczne i telekomunikacyjne, a także podnosić podatki od dostaw amerykańskiego skroplonego gazu ziemnego.
Nie wymaga zbędnej argumentacji fakt, że czas poprawności politycznej w stosunkach niemiecko-amerykańskich minął. Europa jest zmuszona w najbardziej zdecydowany sposób bronić się przed faktycznie nieujawnioną ingerencją Waszyngtonu w wewnętrzne sprawy państw europejskich. Niemcy nie są wyjątkiem i podejmują praktyczne kroki w walce z dyktatem politycznym Stanów Zjednoczonych.

Alehandro Sheffner.